Szakal pod kołderką


Pomału żegnam się ze snem. 
Trochę jak dziecko i rodzic przedłużający rozstanie w przedszkolnej szatni.
Pod zaciągniętymi roletami z powiek chowam przed światłem oczy. 
Uszy jak śniegiem przykryłam kołderką. 
Niech leżą spokojnie pod puchem czekając na wiosnę.

Nie ma leżenia do wiosny. Wstało słońce. Wstało życie. Daje o sobie znać pociągając nosem.
- mamo, mamo.
- mhm. 
- pójdź ze mną.
- e e.
- kiedy pójdziesz?
- jeszcze śpię. 
Życie głęboko wzdychając godzi się na taki stan rzeczy.

Niespodziewanie przychodzi zimny podmuch z drugiej strony.
- weź tę nogę głu-pku!

Trzaskają drzwi przedszkolnej szatni. Wparowała pani, która uważa, że pożegnania mają być krótkie, bo takie rozwleczone tylko pogarszają sprawę.

- on dłubie w nosie! obrzydlistwo! on jest ohydny!

Spod kołderki wypełzł szakal wyrzucając salwę pocisków słownych.
- jak się odzywasz do brata? zajmij się sobą! po co się do niego przysuwasz? 
- wstrętny jest!
- a ty jaki jesteś? od samego rana tylko krytykujesz: wstrętny jesteś, ohydny. Jak tak można?
- a ty to samo robisz. Też mnie tylko krytykujesz i wrzeszczysz.

Nie odzywam się. Po głowie spływa mi kubeł zimnej, choć niewidzialnej gołym okiem wody, który właśnie został na mnie wylany. Przytulam kołderkę na pożegnanie, chociaż najchętniej zostalibyśmy pod nią. Ja i mój szakal.



Kara Szczesna